Turystyka motocyklowa - Kaszuby i reszta świata

Muzyka i dzieci ;)

Słuchanie muzyki, kiedy w domu posiada się niemowlę jest skomplikowane. Ja mam takie 9-cio miesięczne. Nie mam wrażenia żeby głośna muzyka mu się nie podobała, czy powodowała jakieś nerwice, ale mam wrażenie, że moja żona ma takie wrażenie ;). Cicho słuchać nie lubię, szczególnie jeśli jest nowe i chcę poznać. Słuchawki są spoko, ale do autobusu. Brakuje w nich przestrzeni i…przestrzeni. Nic nie smakuje tak dobrze jak głośna muzyka na otwartej przestrzeni. Wracając do tematu. Miałem dziś okazję wrócić do słuchania nowego albumu Deftones „Gore” bo mały, z racji pogody, często przebywa teraz w ogródku, więc można było w domu głośniej posłuchać. Chciałem się podzielić moimi wrażeniami.

Album ciekawy aczkolwiek w pierwszym kontakcie sprawia wrażenie miękkiego, popowego, zbyt delikatnego po przebojowym i ostrym (jak na Deftones) Koi No Yokan z 2012, który zresztą napisany był na kolanie dla kolegi z zespołu, którego po kilku latach śpiączki bodajże, odłączono od aparatury podtrzymującej życie. Taki spontan… ale JAKI. Świetny po prostu.

„Gore” jest inny, trochę jak „White Pony” – miękki, ale jak się wsłuchać i wkręcić robi się ciekawie. Niezwykle nastrojowe „Hearts/Wires” pierwsze wpada w ucho… i zostaje. To 5 utwór na płycie i od niego zaczynam słuchać. Mimo częstego odsłuchiwania całości płyty, pierwsze 4 kawałki, może poza pierwszym, mnie nie wciągają. Potem jest też ciekawie. Mroczny, bardziej grunge’owy „(L)MIRL”, trochę niedeftonesowy, prowadzi nas do 2 ostatnich kompozycji, które istnieją tylko jako całość, co potwierdza fakt braku ciszy pomiędzy nimi, tylko przejście kotłami Abe’a Cunninghama do ostatniej odsłony albumu „Gore”, która jest najlepszym utworem na płycie.

maxresdefault

Poniżej wspomniany Abe, który jest świetnym bębniarzem docenianym przez wielu innych rockowych perkusistów w tym Ślimaka z Acid Drinkers.

Mowa o „Rubiconie”, który zaczyna się jak film Hitchcocka czyli najpierw mamy trzęsienie ziemi a potem napięcie rośnie…i mimo słabszych miejsc na płycie, które albo są słabsze, albo nie potrafię ich docenić, całość jest na bardzo dobrym poziomie z kilkoma ponadczasowymi w karierze tego śmiesznego zespołu, utworami.

Poniżej przedostatni utwór, w którym słychać na samym końcu wejście do „Rubiconu”.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.